Blog,  Przygoda & Podróże,  Życie & Codzienność

Baranówko, drugi dom

Nie samym zdobywaniem informacji człowiek żyje, tak więc czas zapisać moje urlopowe rewolucje, już drugie, które spędziłam razem z Michem. Miejscem docelowym naszego pierwszego wyjazdu była Ustka – być może wam kiedyś przy jakiejś okazji opowiem jak na miejscu było i dlaczego nie zaufam już TLK. Tym razem, z racji tego, iż jesteśmy tylko młodymi ludźmi bez góry pieniędzy, pojechaliśmy tam, gdzie czas płynie wolniej, a zapach obornika i końskie rżenie przypominają o tym, co w życiu ważne.

Baranówko. Miejsce gdzie kilkanaście koni jest gotowych, by przywrócić wiarę dzieciom i dorosłym, którzy borykają się na co dzień z rożnego rodzaju niepełnosprawnościami. Oprócz koni, można tam znaleźć las, jezioro, polany i naprawdę święty spokój. Pan Bohdan Smoleń wiedział co robi, lokując swoją fundację w małej miejscowości pod Mosiną. Ten, kto tam jedzie, z pewnością odpocznie od spraw codziennych.

Ale po kolei, bo nie wszystko się zaczęło tak pięknie. Dzień przed wyjazdem moje samopoczucie osiągnęło poziom -100 i szczerze powiedziawszy miałam ochotę się upić i nie wstać. Wysłałam Michowi smsa, by w jutro był jak najwcześniej, bo chce już jechać i nie słuchać cały czas o tym, jaki to mam podły humor. Nadszedł piątek, dzwoni Mich z informacją, że będzie w południe. Zważywszy, że było przed 10 i ledwo „kumałam bazę”, ponieważ całą noc mnie łupały jajniki, ubłagałam go, by był bardziej o trzynastej niż jedenastej. Marudzenie faceta w takich sytuacjach jest bezcenne. Gorsze jednak było to, co zastałam siadając na klopie. Okres. Z jednej strony poczułam ulgę, bo dawno mi się tak nie spóźniało, a z drugiej strony przeklęłam, że dlaczego akurat teraz, a nie tydzień temu? Pokornie jednak wyjęłam tampony i trochę mnie rozbawił fakt, iż Mich będzie miał kolejną lekcję.

Razem z tatą wstawiliśmy do pieca ciasto na wyjazd i poszłam się umyć. W międzyczasie przyjechał mój dzielny rycerz z miną adekwatną do mojego opóźnienia. Wytłumaczyłam mu po kobiecemu skąd się ono wzięło i spokojnie poprosiłam, by mi pomógł – gdyby trafił przed okresem, najprawdopodobniej bym wrzeszczała lub płakała 🙂 Spakowaliśmy mnie do końca i ruszyliśmy w drogę, zaglądając jeszcze do sklepów wędkarskich, bo potrzebowaliśmy (właściwie to Mich) ciężarków i robali, które ku mojemu zaskoczeniu żyły i wstrętnie się ruszały.

Droga nam upłynęła powoli i miło. Mimo, że samochód Micha jest malutki i trzeba się nieźle nagłowić, by spakować do niego mój pojazd i kilka innych, większych rzeczy, to jakoś jazda nim sprawia mi przyjemność. Na miejscu nasza przygoda zaczęła się od tego, że nikt nie wiedział, że mamy przyjechać, więc domek nie był przygotowany. Nie miałam o to żalu, bo jak się okazało Pani Asi, kochanej szefowej wypadła opieka nad panem Bohdanem i najzwyczajniej w świecie zapomniała nawet kogokolwiek poinformować, zdarza się, rzecz ludzka :). Przeszliśmy się do sołtysa wypytać o warunki łowienia ryb i wróciliśmy zbadać stan domku. Mich był nieco zły – musiał czyścic lodówkę i robił to jakieś 40 minut, bo jak twierdził, ciągle widział grzyba. Teraz to jego mi było szkoda, ale z drugiej strony czułam dumę, że chce zadbać o nasze jedzonko. Gdy skończył, dołożyłam mu do tego podłego stanu, tak by nie rozkładać pewnych rzeczy w czasie, czyszczenie muszli klozetowej, bo to akurat była moja obsesja. Umyłabym ją sama, jednakże zbyt wąski układ łazienki nie pozwalał mi tam wjechać wózkiem. Po tym wszystkim nadszedł już tylko czas na… ugotowanie pierogów! Złość Micha odeszła wraz z pierwszym łykiem piwa i moim przyobiednim pocałunkiem, mam nadzieję. Pierwszy wieczór, (jak i trzy następne), spędziliśmy na oglądaniu filmu w łóżku.

Sobotni poranek przywitał nas brzęczeniem paskudnych much. W nocy mnie budziły komary swoim bzzz, a rano muchy i to było dla mnie zdecydowanie za dużo. Od razu przed oczami miałam obraz łazienki poprzedniego wieczoru – nie dało się tam wysiedzieć dłużej niż pięć minut, bo komarzysk było zatrzęsienie. Po wstaniu, umyciu się, zjedzeniu śniadania stwierdziłam, że moje trudne dni są jeszcze zbyt trudne, aby iść na cały dzień nad jezioro – na szczęście Mich to rozumiał.

Po doprowadzeniu mnie do stanu wyjściowego – te skarpetki tak naciągnięte nie były, po prostu chcieliśmy się pośmiać 😉 – pojechaliśmy do mosińskich marketów szukać Raida do wytępiania i sprayu do odstraszania. Rzecz jasna na środkach owadobójczo podobnych się nie skończyło. Wzięliśmy drożdże do tajemniczej mikstury na komary, chipsy dla smaku i marchewkę dla koni, żeby mnie jeszcze bardziej kochały. Dokulaliśmy się z naszymi zakupami do domku i poszliśmy do stajni nakarmić stwory.

Oczywiście po ujrzeniu przysmaku wszystkie wystawiły łby i Mich mnie tylko przestawiał od konia do konia, by mogły wziąć ode mnie marchewkę. To był moment, w którym przekonałam się, że konie nie gryzą, bo tak i już. Stałam pod ich wielkimi łbami, one tylko wąchały – wprawdzie nie było to delikatne wąchanie, ale jednak wąchanie. I oczywiście mój najukochańszy koń, Karol vel Neron (lub na odwrót) był nie tylko niedelikatny z poznawaniem zapachu, ale także z łupaniem kopytem o drzwi boksu, w ten sposób zawsze jasno daje do zrozumienia, że on chce jeszcze marchwi. Urocze… Po dokarmieniu złapaliśmy Panią Asię z pytaniem o wieczorne ognisko. Nie było z tym problemu, Mich musiał tylko nanieść gruzu, tak więc ja zostałam w stajni (z własnej woli), a on poszedł się bawić w drwala (?). Chwilę posiedzieliśmy na naszym pelargoniowym tarasie – wypiliśmy po piwie, poczytaliśmy, pomizialiśmy Itę i Luckiego – kochanych psich urwisów fundacji. Ten drugi jest nowym obywatelem, jeszcze młodziutkim, więc drapał sobie dziąsła o moje ręce, a później kradł maskotki z domku (nie nasze) i moje kapcie. Ale jak takiemu maluchowi nie wybaczyć? My też byliśmy malutcy i rosły nam zęby, prawda? Przyszedł czas na drugi nasz obiad, który był w stylu włoskim. Mich przywiózł własnoręcznie zrobiony sos pomidorowy – był pyszny, już nawet wrednie stwierdziłam, że lepszy od tych, co robi mój tata, no przykro mi.


Co robiliśmy po obiedzie szczerze nie pamiętam, i to nie jest sprytne wymiganie się od odpowiedzi. Na wieczornym ognisku pojawiliśmy się nie tylko my, ale również Pan Bohdan, Pani Asia i ich goście. Były zdjęcia, więc poszliśmy w drugi kąt i słuchaliśmy czekając aż nasze kiełbaski się usmażą.  Zjedliśmy i poszliśmy do domku na film „Przeznaczenie” przy kubku Kadarki. Kiedyś do tego tytułu podchodziłam, ale nie mogłam go przetrawić, teraz nawet mi się udało

Następnego dnia w końcu dotarliśmy na ryby. Zapakowaliśmy kanapki, kapelutek, piwo i nasze ebooki, bo jak wiadomo wędkarstwo do najbardziej aktywnych zajęć nie należy. Choć nie powiem, gdy Mich zauważył przesuniecie spławika, poczułam dreszczyk grozy. Niestety, sum to nie był, jedynie mała płotka, którą zresztą wypuściliśmy.

Niestety, długo tam nie posiedzieliśmy, bo niestety miałam urinelkową awarię. To był mój pierwszy raz z tym „urządzeniem” i naprawdę wyszedł dramat. Nie polecam pierwszych prób z urinelką w takich warunkach, zdecydowanie 🙂  Po powrocie poprosiłam Micha, by mnie wrzucił pod prysznic, i tak resztę dnia spędziliśmy na tarasie w ciepłych kapciach. Wieczorem na kolację Mich przygotował kanapki z serem i moimi ulubionymi suszonymi pomidorami oraz rybkę od mojego taty. Później znowu usiedliśmy na łóżku przy winie, tym razem grzanym. Obejrzeliśmy „Zaproszenie”, i stwierdziliśmy, że ten film jest dziwny. Faktycznie taki był.

W poniedziałek siedzieliśmy na rybach od 12:00 do 19:00, dzięki sikaniu „po staremu”. Ne było specjalnie ciepło i momentami nawet bardzo wiało. Stwierdziłam jednak, że nie jestem z papieru, ubrałam bluzę Micha i grzecznie mu dotrzymywałam towarzystwa. Służyłam też jako fotograf, gdy wybrał się na chwilę na łódkę, która okazała się mała więc cieszyłam się, że się nie zdecydowałam bo z moimi lękami pewnie bym tam zemdlała. Od czasu do czasu podpływały do nas łabędzie, chyba złe, że wkroczyliśmy na ich teren, bo pan łabędź strasznie syczał – ja mu za to odpowiadałam, że nie wiem o co mu chodzi, że tylko sobie siedzę – tak jakby miał to zrozumieć. Złowiliśmy dwie płotki, trzy nam dał starszy pan (bodajże sołtys, nie jestem pewna, pierwszego dnia nie wchodziłam z Michem na posesję), który akurat wracał ze swoich łowów, ale nie był zadowolony i dlatego chyba swoje oddał. Gest fajny i miły, ale niestety jestem chora, gdy mam prowadzić dialog z ludźmi w pewnym wieku i to jeszcze ze wsi. Rozmowa polegała na tym, że człowiek podsumował, że mam przesrane, jaka to jestem chora i że jakiś sąsiad kogoś miał gorzej, bo tylko leżał. Było mi dziwnie i starałam się nie odzywać, w końcu trzy płotki więcej to już coś.  


O 20:00 znowu było ognisko i spotkania, tym razem przyjechał Marcin, debiutant zawodów w parapowożeniu, które odbyły się w Chwałkowie. Co ciekawe, chłopak właśnie odebrał swoją przystawkę do wózka i dużo o niej opowiadał, a mi ciekła ślinka 🙂 Fajnie jednak usłyszeć opinie od samego użytkownika sprzętu, to zawsze bardziej wiarygodne od wychwalań producenta. Okazało się, że przystawka z akumulatorami dużo wazy, że zasięg działania baterii jest zależny od trybu wspomagania, ale pomimo to handbike jest super.

Wtorek niestety okazał się dla mnie mroczny i zły. Poprzedniego wieczoru na ognisku zostaliśmy sami i zajadaliśmy się kiełbachami.  Mich się zajadał, ja je połykałam – byłam głodna i głupia. W połączeniu z wypitym winem, podczas ostatniego już seansu filmowego poczułam w głowie helikopter, ale ten niemiły, który niesie ze sobą mdłości. Cały romantyzm poszedł w las, bo Madźka rzygała, a Mich jej jeszcze w tym pomagał pojąc ciepłą herbatką i trzymając miskę. No cóż, kiedyś musiał być ten pierwszy raz, również w puszczaniu pawia przy ukochanym. Skompromitowana poszłam siku i jak się uwaliłam do łózka, tak zasnęłam. Niestety z filmu pamiętam tylko tyle, że był wojenny i z Georgem Clooneyem. Rano natomiast Mich mnie przywitał spokojnym: cześć kochanie, jak się czujesz? Za godzinę miałam siedzieć na Karym, więc nie najlepiej biorąc pod uwagę mojego kaca 🙂

Najpierw ja wsiadłam na konia, później Mich. Gdy czas tej przyjemności dobiegł końca, resztę dnia spędziliśmy w domku odpoczywając. Musieliśmy się też spakować i posprzątać bo nasz urlop dobiegł końca. Mimo, że nie był to szaleńczo aktywny długi weekend to i tak żal mi było wracać do Poznania. W mieście nie budzi cię rżenie koni i pianie kur, a naprawdę z biegiem czasu tego właśnie zaczynam potrzebować. Jednak jest to naprawdę fajne, gdy obok mnie jest On.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *