Blog,  Życie & Codzienność

Jak wygląda 28. wiosna? Moje małe dziś i jutro.

Dziś jest pierwszy dzień wiosny. Kolejnej, już 28. Pogoda jest szpetna – niebo przysłaniają chmury, a z nich sączy się deszcz, stukając o parapet tak jak lubię. I choć 21 marzec nie przywitał nas słońcem i soczyście zielonymi liśćmi, w moim sercu jest radość i nadzieja.

W zeszłym tygodniu dopadło mnie przeziębienie. Po prawie trzech latach spokoju musiało to nastąpić, szczególnie, że w tym najgorszym okresie zapominałam o witaminach. Na szczęście dość szybko sobie z tym choróbskiem poradziłam i mój nos i mózg zaczął normalnie funkcjonować. W przeciągu tych kilku dni, które zwiastowały wiosnę, miałam okazję, by pomyśleć o moim życiu, minionych latach i przyszłości.

Powiem Wam, że nie była to najprzyjemniejsza czynność. Nikt nie lubi wspominać swoich błędów i szczeniackich zachowań: częściej tych złych niżeli pożytecznych, dlatego ciężko mi było się przyznać przed samą sobą, jaka kiedyś byłam szurnięta i naiwna. Obecnie też podobno jestem – i szurnięta, i naiwna – ale staram się być również dojrzała. Jak się potrafi te trzy rzeczy połączyć, to naprawdę można być całkiem „fajnym” i „odpowiedzialnym” człowiekiem. Nie zamierzam się tutaj dzielić swoimi wybrykami nastoletnimi, chciałabym natomiast głośno się zastanowić czy te 28 wiosen mnie czegoś nauczyło i jak będą wyglądały kolejne lata?

To, z czego jestem dumna najbardziej, to to, że zrozumiałam, czym jest cierpliwość. Dzięki niej poznałam wiele rzeczy, które mnie umocniły. Poznałam ludzi – tych, którzy po prostu bywają i tych, którzy są pomimo moich słabości. Poznałam też Roberta (Micha), dzięki któremu odzyskałam wiarę w coś takiego jak miłość – ani on, ani ja nie jesteśmy idealni, ale się kochamy i akceptujemy. Testem cierpliwości okazała się również zbiórka (trwająca już dwa lata) na sprzęt, który choć trochę pomoże mi stać się bardziej niezależną – i nie mówię tu o całkowitym uzyskaniu tej niezależności, bo nigdy nie będzie tak, że będę mogła np. zostać sama w domu przez cały tydzień – są jednak rzeczy, które mogę zrobić sama i wiem o nich tylko ja, powietrze i może Robert – jadł moje ręcznie robione kanapki i się nie otruł:)

Moja przyszłość nie będzie prosta. Wiem o tym i potrafię się z tym pogodzić. Będę natomiast miała w końcu ten upragniony wózek bądź upragnione kółko, i zrobię pierwszy raz sama zakupy – to nic, że prawdopodobnie stracę kilka złotych, bo będę się wstydziła wziąć resztę, ale to będzie mój mały sukces i tylko ja go zrozumiem. Później z Robertem kupimy mieszkanie, nawet jakąś małą kawalerkę, by mieć nasz własny kąt i może dookoła posypią się komentarze jacy to jesteśmy nieodpowiedzialni, jak my sobie poradzimy: przecież Robert będzie chodził do pracy – jak ja siku pójdę, co będę jadła?! Są to kwestie godne uwagi, gdyż z samodzielną „rozbiórką” do oddania moczu na ubikację mogę mieć problem, ale patrzę realnie – dla któregokolwiek członka rodziny podejście na góra 15 minut w połowie dnia nie będzie stanowiło raczej problemu, a jeśli tak, no to cóż – istnieje pomoc od miasta i osobiście nie przeszkadza mi pielęgniarka na godziny – po to jest ta usługa, by z niej korzystać. Co do kwestii gotowania – coś mi w duchu mówi, że będę zajebistą kucharką – pod warunkiem, że PFRON da mi pieniądze na kuchnie i nikt się nie będzie patrzył na to jak trzymam nóż, chochlę, sito czy cokolwiek innego. Na YouTubie jest pełno filmów jak ponapinani jak ja ludzie gotują, prasują i myją podłogi – zresztą, tego ostatniego już samemu robić nie trzeba – od czego jest iRobot? Czasy się zmieniły i zmieniły się też przedmioty do użytku codziennego. Blendery gotują zupy, miksery same wyrabiają ciasta, a klapy sedesowe myją nam tyłki. No sorry, czy to nie wspaniałe? Dla mnie jest to najcudowniejsza światowa rewolucja, i choć niektórzy pełnosprawni mogą narzekać, że wszystko idzie tak do przodu, to dla osób niepełnosprawnych – również z niedowładami czy napięciami – może to być ogromna szansa, by zacząć samemu coś zrobić. Nie można się bać o to, że dana osoba się oparzy, albo dziwić, że robi coś mniej zgrabnie – ważne, że robi to sama. Kończąc wywód o tajemnych możliwościach spastyków, po tej całej rewolucji mieszkaniowej, chciałabym mieć psa – i zaskoczę tu niektórych – to nie będzie mój kaprys, z którym sobie nie dam rady – to będzie mój przyjaciel, zawsze gotowy do pomocy i dotrzymywania towarzystwa. Bardzo żałuję, że w ludziach wciąż jest przeświadczenie, że pies to kłopot, bo trzeba z nim wychodzić i dbać o niego – rzadko kto potrafi sobie wyobrazić, że takie wychodzenie i dbanie o czworonoga może obudzić człowieka w człowieku. Ale do tego kroku jeszcze jest długa droga i póki co nie będę się nad tym rozwodzić, podobnie nad dzieckiem – tak, bardzo chcę mieć kiedyś dziecko i zaręczam, że go nie zabije zmieniając pieluchę czy karmiąc z cyca. Wiedzieliście, że jest specjalna uprząż dla niepełnosprawnych matek? Mówię Wam, czad. Dzisiejsze czasy, to naprawdę fajne czasy. Niefajne są jedynie stereotypy czy ograniczenia w ludzkich głowach, z którymi my, niepełnosprawni musimy walczyć. Myślę, że doskonale to robi Łukasz i Ewelina, których ostatnimi czasy śledzę i podziwiam – ta para jest dowodem na to, że porażenie mózgowe, nawet to czterokończynowe, nie ma prawa nam zabrać marzeń o domu i rodzinie. Zachęcam naprawdę bardzo gorąco do poczytania: www.paraszukamieszkania.pl

Ja, mała istotka o wielkim sercu i małej pewności siebie, chciałabym, by każda następna wiosna przynosiła nowy cel. By nigdy nie zabrakło mi chęci do walki o to, o czym marzę przez prawie 28 lat. W kolejnych wpisach pokażę Wam moje inspiracje do samodzielnego życia – w internecie można znaleźć wiele udanych gadżetów, a w TV warto oglądać Panią Gadżet 🙂

Wszystkim życzę przyjemnego, pierwszego wiosennego wieczoru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *